PRZEKROCZENIE GRANICY

Przekroczona została granica naszej personal space, którą naruszyć mogą tylko niektóre osoby, z którymi wiąże nas bliskość psychiczna. Ale minimum owej granicy zależy nie tylko od naszych osobniczych upodobań i tolerancji. Możemy, za Edwardem Hallem, wyróżnić trzy rodzaje dystansów. Dystans indywidualny, od­dzielający od siebie osoby, które łączy prywatna znajomość. Dystans społeczny oddzielający od siebie ludzi występujących w oficjalnych rolach społecznych i wreszcie dystans publiczny, w którym przynajm­niej jedna osoba jest osobistością powszechnie znaną („osobą pu­bliczną”). Każdy z tych dystansów różni się od siebie. W kontakcie z urzędnikiem, nawet jeśli nie oddziela nas od niego biurko, ten dy­stans będzie większy niż w rozmowie ze znajomym. Ale w obu przy­padkach będziemy zawsze mieć do czynienia z dystansem bliższym i dalszym.

OSOBISTA PRZESTRZEŃ

Zwracaliśmy uwagę, że w kulturze ludowej duchy zawsze straszyły poza obszarem zabudowań gospodarskich i pól uprawnych. Terenem ich złowieszczej obecności nigdy nie było miejsce; była nim przestrzeń – nieznana, nie oswojona pracą i stałą obecnością domowników.Ale pozbawione przestrzeni miejsce, staje się ową Baldwinową klatką, w której człowiek się dusi. Brak mu powietrza. I znów — nie­koniecznie w znaczeniu dosłownym. Człowiek musi mieć swoją osobistą przestrzeń (personal space) aby czuć się osobą. Nadmierne stłoczenie odbiera charakter personalistyczny każdej wspólnocie, także rodzinnej. Ściśnięci w tłumie stajemy się cząstką, atomem ma­sy społecznej.Ta osobista przestrzeń może być różnie odczuwana przez poszcze­gólnych ludzi. Zdarza się że ktoś, rozmawiając z nami, zbliża swą twarz niemal dotykając naszej. Nie jest to przyjemne i powoduje odru­chowe cofnięcie się.

ODCZUCIE WOLNOŚCI

Środowisko, które tworzy kultura czasu wolnego różni się rady­kalnie od środowiska, w którym dominowała kultura czasu pracy. Można się obawiać, że ani kwalifikowani wychowawcy (nauczyciele), ani wychowawcy naturalni (rodzice) nie zdają sobie sprawy z odmien­ności tych dwóch światów. A nawet jeśli dostrzegają odmienność, nie wiedzą, jakie wymagania muszą zostać spełnione, aby przygotować wychowanka do życia w tym nowym świecie.Przestrzeń daje człowiekowi odczucie wolności, miejsce – po­czucie bezpieczeństwa. Jedno i drugie jest niezbędne. Mieć swoje miejsce – w znaczeniu dosłownym i przenośnym – miejsce na ziemi, miejsce w strukturze społecznej, to znaczy czuć się zakorzenionym, pewnym, nie bać się tego, co przyniesie los lub inni ludzie. Znać swoje miejsce znaczy także wiedzieć jak jest ono usytu­owane w przestrzeni – fizycznej i społecznej.] Jądrem tego co znane jest mieszkanie, czy — szerzej — dom.

BRAK CZASU WOLNEGO

To brak czasu wolnego jest dolegliwością (jeśli w ogóle można w tym przypadku mówić o dolegliwości) elitarną. Pracoholicy trafiają się często, ale najwyżej w górnych warstwach klasy średniej. Chłop, robotnik,urzędnik nie bywają pracoholikami – są masowymi konsumentami, użytkownikami czasu wolnego. Do nich – jako konsumentów, a więc ludzi kultury czasu wolnego – adresowane są reklamy w środkach masowego przekazu, powstają całe potężne instytucje wyspecjalizo­wane w obsłudze dotychczasowych i w kreowaniu nowych pragnień. Właśnie pragnień, a nie potrzeb. Te ostatnie bowiem bezpośrednio lub pośrednio wynikają z biologii i są z natury swej względnie stałe oraz ograniczone, te pierwsze zaś (pragnienia) wynikają z psycholo­gii, są zmienne, mogą być kreowane i nie znają stanu nasycenia.

ELITARNE DOBRO

Jak pisze Daniel Bell, etykę protestancką podważył sam kapita­lizm. Najważniejszym wynalazkiem, który ją unicestwił, była sprze­daż ratalna i natychmiastowy kredyt. Wcześniej, aby coś kupić, trze­ba było oszczędzać. Dziś za pośrednictwem karty kredytowej można natychmiast zaspokoić swe pragnienia. Prawdopodobnie owa erozja protestanckiego ducha kapitalizmu nastąpiła znacznie wcześniej, jeszcze przed pojawieniem się kart kredytowych, natomiast na pew­no ów natychmiastowy kredyt odgrywał tu rolę niepoślednią.O ile owo purytańskie „czas to pieniądz” wskazywało na kulturę czasu pracy, jako dominującą w życiu człowieka, nasza symboliczna „karta kredytowa” wskazuje na panowanie kultury czasu wolnego (czasu konsumpcji). Ten ostatni jest właśnie czasem cennym, warto­ściowym. Zresztą jest faktem, że coraz więcej ludzi ma tego czasu coraz więcej. W przeszłości czas wolny był dobrem elitarnym. Masy były nim obdzielone skąpo. Dzisiaj mamy sytuację odwrotną.

PRZEMYSŁOWA FAZA

Czy faza wczesnoprzemysłowa nie nawiązuje tu do niektórych, tradycyjnych, daw­nych wartości okresu przedprzemysłowego?W czasach Franklina czas staje się już cenny. Nie wolno go mar­nować. Czas należy oszczędzać i wykorzystywać go maksymalnie. Ale purytanizm jest ascetyczny – obca mu jest inna myśl – o używa­niu czasu (używaniu życia). Gratyfikacja (zysk) jest ważna jako po­twierdzenie boskiej przychylności. Powodzenie w interesach dowo­dzi bożego błogosławieństwa, niepowodzenie – braku łaski/…/ po­nieważ droga do Nieba wiedzie przez Ziemią, zatem zabieganie o zbawienie duszy jest równoznaczne z troską o pomnażanie dóbr doczesnych poprzez pracą. Bogactwo służy jeszcze zbawieniu a nie użyciu. Zysk nie służy jeszcze konsumpcji. To przynosi dopiero XX wiek, a jak twierdzi Daniel Bell, właściwie dopiero druga połowa naszego stulecia. Równocześnie z tą zmianą pojawia się nowy stosu­nek do czasu.

CZAS TO PIENIĄDZ

Powiedzenie „czas to pieniądz” jest purytańskie i protestanckie, i bynajmniej nie oznaczało gorączkowej gonitwy za zyskiem, jak skłonni jesteśmy dzisiaj sądzić. Benjamin Franklin zapewne nie był pierwszym, który tego powiedzenia użył, ale w jego słynnych aforyzmach, które za­wiera Poor Richard’s Almanack, pojawia się ono jako jedna z ważnych maksym „biednego Richarda”. Franklin, ten czołowy ideolog protestanckiej kolebki amerykańskiego kapitalizmu, którego Max Weber cytuje częściej niż Lutra, Kalwina, Baxtera czy jakiego­kolwiek innego purytanina, uważał, że istnieje trzynaście cnót: umiarkowanie, wstrzemięźliwość, małomówność, porządek, zdecy­dowanie, skromność, pomysłowość, szczerość, sprawiedliwość, po­kora, czystość, spokój, dziewictwo. W tym inwentarzu cnót nie ma miejsca na próżniacze lenistwo, ale nie ma także miejsca na obietni­ce łatwych i niezasłużonych profitów. Czas wymaga zagospodaro­wania pracą, wysiłkiem, nasuwa myśl o glebie, przy której uprawie trzeba się ogromnie natrudzić aby przyniosła plon.

CENIENIE CZASU

W Polsce i innych krajach przechodzących od państwowej gospodarki planowej do gospodarki rynkowej, zmiany ustrojowe odbijały się także na zmianie stosunku ludzi do czasu. Z jednej strony – co oczywiste – czas stał się warto­ścią w niektórych grupach społecznych szczególnie cenioną. Mak­symalnie wykorzystać czas to znaczy nie dać się ubiec konkurencji, być od konkurentów lepszym, szybszym, ale to znaczy także być przygotowanym na wykorzystanie szansy, która drugi raz może się nie pojawić. Prawdopodobnie zawsze byli ludzie skłonni wysoko cenić sobie czas (najczęściej mówi się o nich, że są zorganizowani i pracowici) i tacy, którzy ważą go sobie lekce i którym czas przecieka przez pal­ce (najczęściej uważani za leniwych). Z reguły jednak nie zdajemy sobie sprawy jak silnie sprzężone bywają ze sobą – stosunek do cza­su i stosunek do świata, innych ludzi i samego siebie.

STOSUNEK CZŁOWIEKA DO CZASU

W krajach Bliskiego Wschodu jednak spóźnienie półgo­dzinne zdaje się mieścić całkowicie w normie tolerancji i bywa, że nie jest kwitowane nawet zdawkowym przepraszam. W tamtych krajach więc 30 minut znaczy tyle, co u nas 5 minut, choć przecież u nich i u nas zegarki „chodzą” tak samo. Nie trzeba jednak wyjeżdżać aż na Bliski Wschód. Wystarczy porównać zachodnie i wschodnie regiony Polski aby zorientować się, że nawet na obszarze jednego kraju można zetknąć się z różnicami owego kulturowego nacechowania czasu. Dla Poznaniaka niepunktu- alność mieszkańców wschodnich regionów Polski może być irytują­ca, ale ci ostatni poznańskie poszanowanie czasu odbierać mogąjako przejaw postawy nieżyczliwej, oschłej, a nawet agresywnej.W sensie mniej bezpośrednim i doraźnym stosunek człowieka do czasu zmieniać się może w obrębie tej samej kultury wraz z zacho­dzącymi w niej zmianami społecznymi.

O JAKI CZAS CHODZI?

Oczywiście nie chodzi tu wcale o   czas metryczny. Wbrew twierdzeniu autorki czas metryczny ni­czemu nie jest tu winien. Gdyby on był tu winowajcą, być może wystarczyłoby wyrzucić budzik za okno. To nie czas metryczny, ale nasz czas instrumentalny, nasz system czasu może być winowajcą. Edward T.Hall twierdzi, że właśnie zachodni system czasu wielce przyczynił się do alienacji człowieka Zachodu wobec samego siebie. Powodem chorób wielu ludzi jest próba uwolnienia się od jarzma czasu . E.T.Hall akcentuje tu kwestię, której A. Pawełczyńska nie dostrzega, że czas (a właściwie nasze poczucie czasu) jest zawsze kulturowo nacechowany.Ile możemy się spóźnić bez wywoływania skandalu? No cóż, to zależy. W naszym kręgu cywilizacyjnym spóźnienie do 5 minut można skwitować zdawkowym „przepraszam”, bez wyjaśniania przyczyn. Spóźnienie się powyżej 15 minut wymaga już wyjaśnienia, a półgodzinne jest skandalicznym wykroczeniem, które może zostać usprawiedliwione jedynie okolicznościami wyjątkowymi i drama­tycznymi.